Logo BIP Logo Youtube Logo ePUAP
Rozmiar tekstu

Lista aktualności

Menu

Małgorzata Staroń "Syberyjska lekcja". Wspomnienia polonistki pracującej w Usolu Syberyjskim w latach 1996/97

            Studia skończyliśmy w roku 1996. Ja – Lingwistykę Stosowaną na Uniwersytecie Warszawskim, mój chłopak Wojtek – operatorstwo w Łódzkiej Szkole Filmowej. Postanowiliśmy, że wyjedziemy razem na Wschód. Miałam rozpocząć pracę jako nauczycielka języka polskiego.

            Zostałam skierowana przez Centralny Ośrodek Doskonalenia Nauczycieli [obecnie obowiązek rekrutacji i kierowania nauczycieli do pracy na Wschdzie spełnia Ośrodek Rozwoju Polskiej Edukacji za Granicą] do Rosji, do Usola Syberyjskiego – miasta położonego 70 kilometrów na zachód od Irkucka i siedem tysięcy kilometrów od Polski. Wojtek podjął się realizacji filmu o tym, co się wydarzy. Scenariusz miało pisać samo życie.

Pięć tysięcy sto dwudziesty ósmy kilometr

            Do Usola jechaliśmy z Moskwy 86 godzin. W pociągu unosił się zapach czosnku, wszyscy stali w dresach i kapciach w kolejkach do toalety. Wbrew złym przeczuciom podróż okazała się miła i bezpieczna. Jadące w naszym przedziale handlarki z Kurska szybko zaprzyjaźniły się z nami, w poczęstunku rozkładając na gazecie pieczone kurze udka. Poradziły, żebyśmy kupili prowiant na zapas, bo z każdym kilometrem ceny będą rosnąć. Był szósty września. Robiło się coraz zimniej. W pociągu zaczęto palić węglem.

            Na miejsce przyjechaliśmy punktualnie co do minuty. Szyld na stacji głosił: „Usolie Sibirskoje – pięć tysięcy sto dwudziesty ósmy kilometr Wostocznosibirskoj Żeleznoj Dorogi”. Ledwie zdążyliśmy wysiąść – ostatnie pakunki wyrzucaliśmy z ruszającego pociągu.        Nazwa miasta Usole związana jest z miejscowymi złożami soli. Tutejsza kopalnia soli była w XIX wieku miejscem katorżniczej pracy zesłańców, m.in. polskich powstańców styczniowych, zesłanych w tę część Syberii. W Usolu nadal żyją późniejsi polscy zesłańcy, wywożeni po drugiej wojnie światowej z obecnych terenów Ukrainy, Białorusi i Litwy. Starsi z nich mówią po polsku. Mieszkają tu również dzieci i wnuki osadników wyjeżdżających z ziem zaboru rosyjskiego w latach 1910-1915 w poszukiwaniu lepszego życia – w ramach reformy stołypinowskiej otrzymywali tutaj ziemię.

To miasto umiera

            Usole znajduje się dokładnie w pół drogi między Moskwą a Władywostokiem. Granice miasta wyznacza rzeka Angara z jednej i linia kolei transsyberyjskiej z drugiej strony. Mieszka w nim około stu tysięcy ludzi. Jest linia tramwajowa, opuszczony port z porzuconymi, zardzewiałymi barkami, dom kultury „Chemik”, stadion o tej samej nazwie i chluba każdego usolczanina – ogromne zakłady chemiczne Chem-prom. Z wydobytej soli kamiennej wyrabia się tu sód i chlor. W Usolu powietrze wypełnia zawsze zapach chloru pochodzącego z Chem-promu. Mówiono nam, że w czasach, gdy zakłady pracowały pełna parą, od stężenia chloru w powietrzu ludziom ciekły łzy z oczu. Do niedawna większość mieszkańców pracowała w Chem-promie, reszta w dwóch, zamkniętych ostatnio, fabrykach zapałek. Chem-prom żywił mieszkańców Usola i organizował im życie. Pod koniec lat osiemdziesiątych okazało się, że zakłady mają olbrzymie zadłużenie, że są niewypłacalne i będą likwidowane. Wraz z pierestrojką przyszło do miasta bezrobocie i przestępczość.

            - To miasto umiera. Polski jest nikomu niepotrzebny – tak brzmiały słowa doktora Żaka, którego tam spotkaliśmy. Bronisław Żak jest polskim Żydem, urodzonym we Lwowie, gdzie przed wojną zdążył jeszcze zdać maturę. W czasie okupacji udało mu się zbiec z Oświęcimia. Niestety, po wojnie wrócił do Lwowa i jako „wróg narodu” został wywieziony do jednego z syberyjskich łagrów. Przez lata pracował jako drwal przy karczowaniu tajgi. Po odbyciu katorgi został na Syberii. Skończył studia medyczne i osiedlił się w Usolu. Tutaj wszyscy go szanują. Jest znakomitym onkologiem, znanym w całej okolicy.

Nie mogę być łamistrajkiem

            Pierwszy miesiąc upłynął na kłopotach z zarejestrowaniem się. Lekcji nie było, ponieważ wszystkie szkoły w mieście strajkowały. Od roku nauczyciele nie otrzymywali pensji, czasami tylko przydziały mąki, konserw i wódki. W niektórych domach w każdym rogu stał worek mąki. Nie chciałam być łamistrajkiem, więc nie prowadziłam zajęć. W szkole codziennie odbywały się zebrania, w czasie których głosowano, czy następnego dnia również będzie strajk. Dwa razy ludzie wyszli na ulicę, jednak nie wiedzieli, jak się zachować. Wszyscy patrzyli po sobie, sprawiając wrażenie, jakby przyszli tylko dla towarzystwa. Wreszcie nauczyciele dostali zaległe pensje i zdecydowali, że mogą już podjąć pracę.

             W trudnych chwilach pomagały nam panie pracujące w profilaktorium, gdzie zamieszkaliśmy. Kucharki ciągle mi coś podtykały, powtarzając, że mam jeść, bo nie przetrzymam zimy. Najbliższym zaś naszym przyjacielem stał się Walery Kustos – z pochodzenia Polak. Był osobą dość wpływową w mieście, ponieważ należał do grona pierwszych kapitalistów – miał firmę, która produkowała kefir. Jego ulubionym powiedzeniem było: „kak w Polsze” – co oznaczało „doskonale”. Pomógł nam się zaadaptować, podpowiedział, jak zorganizować lekcje.

W szkole atmosfera była przyjemna. Zarówno nauczyciele, jak i dyrektor traktowali mnie bardzo przyjaźnie. Ten ostatni przestrzegał, że być może nie znajdzie się wielu chętnych do uczęszczania na moje lekcje. Wtedy postanowiłam zainteresować sprawą lokalną telewizję i rozwiesić plakaty w całym mieście.

„Nareszcie uczę”

            Efekt był piorunujący. Następnego dnia zgłosiło się sto osób. W większości nie byli to potomkowie Polaków. Przyciągnęła ich jedynie odmienność tych zajęć. Nie traktowali ich więc jako spotkań z ukochaną polskością, ale z inną, odległą, niezwykle ciekawą kulturą. Gdy pytałam, jakie jest ich pochodzenie, większość odpowiadała: „Ja Ruskij”. Niechętnie rozpamiętywali przeszłość, bo od dziecka rodzice wpajali im, że niebezpiecznie jest mówić o tym, co było kiedyś. Mimo że na każdym kroku spotykaliśmy polskie nazwiska, takie jak Ostrowski, Wojciechowski, Kamiński, noszący je mówili na ogół o sobie, że są po prostu Sybirakami…

            Nawet się nie spodziewałam, że nauczanie będzie tak przyjemne i że da mi tyle satysfakcji. Zajęcia z polskiego były bezpłatne. Najmłodszą grupę tworzyły dzieci w wieku 10-14 lat. Lekcje z nimi były zabawą. Ciągle zaskakiwały mnie swoimi spostrzeżeniami, w czasie gier, jakie im organizowaliśmy, bardzo łatwo przyswajały sobie język mówiony. Wowa, Swieta, Nastias, Ina – brakuje mi teraz ich uśmiechów i zaciekawienia. Bardzo się ze sobą zżyliśmy. Dla niektórych było to pierwsze spotkanie z łacińskim alfabetem.

            Mieliśmy też dorosłych uczniów. Przyciągała ich możliwość poznania innej kultury. Organizowaliśmy z nimi spotkania, podczas których rozmawialiśmy o literaturze, polskich obyczajach.

Zima zaczyna się we wrześniu

            W końcu września spadł śnieg. W październiku temperatura wynosiła już minus 20 stopni. Niemożliwe było wychodzenie na zewnątrz bez czapki uszanki. Moje uczennice nosiły ogromne, futrzane czapki na gumce, która miała zabezpieczyć je przed ściągnięciem z głowy przez złodzieja. Wszyscy założyli welonki – wysokie, filcowe buty bez podeszwy albo unty – buty z sierści psa. Mimo że świeciło słońce i prawie nie było wiatru, na dworze można było wytrzymać najwyżej pół godziny. Czasami policzki, nos albo uszy zaczynały się robić białe i wtedy trzeba było je szybko natrzeć, aby się nie odmroziły. Rano, przed wyjściem z domu, obowiązkowe było gorące śniadanie. Szkołę zamykano, gdy temperatura spadała poniżej minus 45 stopni.

            Zimą zmieniano rozkład jazdy, ponieważ po ośnieżonych, „równych” drogach autobusy jeździły szybciej niż po wybojach latem. W marcu tworzyły się nowe szlaki na północ, prowadzące korytami zamarzniętych rzek. Leną i Dolną Tunguzką można wtedy przemierzyć ponad tysiąc kilometrów – aż do południowych krańców Jakucji.

            W kwietniu zaczynała się „podlodna rybałka”. Tysiące rybaków wyjeżdżało samochodami na środek Bajkału. Ustawiali namioty, wiercili otwory w półtorametrowej pokrywie lodowej i oddawali się misterium połowu bajkalskiego omula. Wieczorami palili ogniska, pili i śpiewali przy dźwiękach harmoszki.

Na studia do Polski

            W maju nareszcie przyszła wiosna. Puścił lód na rzekach i stopniał śnieg. Przygotowywałam jedenastą klasę do egzaminów na studia w Polsce. Zajęcia z tą grupą można przyrównać do intensywnego kursu języka obcego w klasie o profilu lingwistycznym. Dawałam z siebie wszystko, a i rezultaty nie dały na siebie długo czekać. Po roku dzieci umiały się już swobodnie porozumiewać po polsku. Zawsze z przyjemnością szłam na lekcje z grupą szesnastolatków. Zadziwiające, jak dużo wiedzy byli w stanie wchłonąć, a potem umiejętnie posługiwać się nią w praktyce. Zajęcia z Natalią, Irenką, Olą i innymi dawały mi zawsze impuls do prowadzenia tego kursu w sposób twórczy i urozmaicony. Starałam się rozwijać w każdym uczniu zdolności, które wydawały mi się w nim wyjątkowe, niepowtarzalne.

Gdy zbliżały się egzaminy, okazało się, że uczniowie nie mają nawet fotografii, które należało dołączyć do podań. Pewnego popołudnia zorganizowaliśmy w klasie atelier fotograficzne. Sama zrobiłam wszystkim zdjęcia legitymacyjne. Jeden z rodziców przebył pięć tysięcy kilometrów, żeby zawieźć dokumenty do ambasady w Moskwie. Egzaminy miały się odbyć na początku czerwca w Krasnojarsku. Z całej Syberii przyjęto na studia dziewięć osób, z tego siedem z Usola: sześć osób pojechało na roczny kurs kultury i języka polskiego do Lublina, a jedna osoba do Łodzi. Mieli po szesnaście lat i po raz pierwszy znaleźli się daleko od domu. Wierzą, że jest to dla nich ogromna szansa.

            Kontakt z polską rzeczywistością jest często bardzo przykry dla studentów ze Wschodu. Są traktowani jak osoby inne, „Ruskie”. Zamykają się więc w swoim gronie, mają mało znajomych wśród Polaków. Mimo że nauczyli się już mówić po polsku, wciąż ich naturalnym językiem pozostaje rosyjski.

Zakończenie

            Rok na Syberii dostarczył niezliczonych wrażeń. Zanurzeni byliśmy w nurcie rosyjskiego życia, mieszkaliśmy wśród ludzi, którzy stali się dla nas bliscy i ważni. Z tych niezapomnianych miesięcy pozostanie nam nakręcony film, jednak to, co najważniejsze, i tak jest poza kadrem.

Małgorzata Staroń

Podczas pobytu pani Magłorzaty powstał film dokumentalny Wojciecha Staronia - "Syberyjska lekcja" https://www.youtube.com/watch?v=UVBCnV4BOpA Kilka lat później pani Małgorzata wyjechała ponownie jako nauczycielka kierowana do pracy za granicę. Tym razem trafiła do Argentyny. Dzieje tego wyjazdu można śledzić w filmie Wojciecha Staronia "Argentyńska lekcja" https://www.youtube.com/watch?v=p5_0CFssZPo. Oba obrazy są niezwykle poruszające - polecamy uwadze!

 

Logo Europejskiego Funduszu Społecznego
Logo Ministerstwa Edukacji Narodowej
Logo Ośrodka Rozwoju Polskiej Edukacji za Granicą
Logo Europejskiego Funduszu Społecznego